To pytanie słyszę tak często że już nawet nie zliczę…
Zasadniczo odpowiedź jest bardzo prosta i można ją zamknąć w stwierdzeniu – „Najlepszy rower na wyprawy to taki, jaki obecnie posiadasz”
Ale to będzie duże uproszczenie i nie wyczerpie tematu w pełni.
Oczywiście – zgadzam się z tą tezą, że żeby jeździć na wyprawy na rowerze najlepiej zacząć od tego, który aktualnie posiadasz, ale to jest tak jak z innymi rzeczami – im bardziej się rozwijasz w danym temacie, tym więcej szczegółów widzisz i tym bardziej Twoje wymagania stają się bardziej precyzyjne.
Ja zaczynałem podróżować na rowerze trekingowym Krosa – Polskiej marki robiącej rowery „uniwersalne”. Nie był ani za bardzo wygodny, ani za bardzo niewygodny, ale robił robotę i zapewniał mi możliwość przemieszczania się.
Oczywiście w miarę rozwoju mojej pasji, zacząłem go przerabiać i usprawniać, aż w końcu zdecydowałem, że czas pomyśleć o czymś bardziej dopasowanym do moich potrzeb.
Dlatego kolejnym był Fuji Touring – zupełnie inna konstrukcja, inna pozycja, stalowa rama bez zawieszenia z przodu, szosowa kierownica…


Totalnie inna bajka i inne wrażenia z jazdy.
Na tym rowerze jeździłem sezon – kupiłem niestety rozmiar nieco za duży dla mnie i odczuwałem pewien „dyskomfort” podczas wsiadania i zsiadania z niego.
Ale jako konstrukcja – rama ze stali chromo molibdenowej, brak zawieszenia i inna pozycja, przekonały mnie na tyle, że zacząłem szukać czegoś jeszcze bardziej dopasowanego…
Padło na markę Surly i model Cross – check.



Ten rower był świetny… Wygodny, mogący wozić na sobie sporo bagażu i komfortowy jeśli chodzi o tłumienie drobnych nierówności.
Jeździłem nim kolejny sezon, ale moje preferencje co do podróży szły jeszcze bardziej w stronę uniwersalności i możliwości wjechania z większym komfortem w trudniejszy teren.
I tak w 2019 roku kupiłem ramę – również od Surly, ale tym razem model Ogre…

W recenzjach i na forach można było przeczytać bardzo wiele dobrego o tym rowerze… Koła dostosowane do opon 29 cali i szerokości do 2,5 cala.
Możliwość zamontowania różnego rodzaju piast z tyłu – od klasycznych po Rohloff, możliwość stosowania z tyłu koła o szerokości 135 lub 142mm i szybkozamykacza lub sztywnej osi… Słowem – mega uniwersalna i bardzo dobrze przemyślana konstrukcja…
I tak minęło już 7 lat, a ja od tamtej pory nie zmieniłem roweru…. Ciągle jeżdżę na tym samym, czerwonym Ogrze, który nie zawiódł mnie nigdy…


W związku z tym, że trochę doktoryzowałem się w temacie geometrii, szerokości opon, rodzajów napędu i innych- śmiało mogę stwierdzić, że mam swój wzór idealnego roweru na wyprawy.
Oto on:
Rama:
Dla mnie idealna jest rama stalowa (chromo-molibden)
Jest to materiał bardzo odporny na przeciążenia i sprężysty, dzięki czemu po zapakowaniu bagaży, rower jedzie pewnie i jest przewidywalny.
Tłumienie drobnych drgań od nawierzchni też dodaje komfortu podczas jazdy, a w razie jakiejkolwiek awarii (sam nie miałem) – stal, to materiał, który dobrze znosi spawanie.
Co do samego zawieszenia – ja jestem zdania, że im prostszy rower i mniej elementów, które wymagają serwisu – tym lepiej, więc dla mnie – zawieszenie to zbędny dodatek.
Geometria:
Ogr jest dziwną hybrydą. Niby rower wyglądający jak mtb, ale pozycja bliższa gravelowi. Pochylenie to ok. 60 stopni, więc jest wygodnie, plecy nie bolą a dłonie nie są za bardzo obciążone. Najbliżej mu do Marina Four Corners czy Treka 920.
Napęd:
Tutaj przeszedłem pewną ewolucję… Podczas moich początków, jeździłem na klasycznym napędzie 3×7…
Potem miałem już 3×9 i na takim zestawieniu przejeździłem sporo kilometrów.
Okazuje się jednak, że nawet jak mamy zestaw 3×9, to tak naprawdę nei mamy 27 różnych przełożeń, ponieważ spora część z nich się na siebie nakłada, czyli np. kombinacja 2 z przodu i 7 z tyłu, będzie dawała takie samo albo niemal identyczne przełożenie jak 3 z przodu i 3 z tyłu…
Więc może być tak, że mamy nie 27, a 18 różnych biegów…
Jest jeszcze możliwość kombinacji 2×10, 2×11 i tutaj byłbym bardziej skłonny do rozważenia, ale ja osobiście wybrałem 1×10.
Prostota napędu jednorzędowego jest niezaprzeczalnie jej atutem. Brak przedniej przerzutki, linki, manetki, to nie tylko redukcja wagi, ale też uproszczenie serwisowe.
Im prościej – tym lepiej.
10 przełożeń z tyłu da już wystarczająco duży zakres, żeby móc podjechać większość wzniesień, a na prostej nie być zawalidrogą.
U mnie pracuje zestaw: korba 32 zęby i kaseta 11-46.
Na większe góry zmieniłem zębatkę z przodu na mniejszą i nie ma problemu z podjazdami.
Owszem – różnica pomiędzy biegami jest bardziej wyczuwalna, nie przeszkadza mi to wcale podczas jazdy.
Hamulce:
Tutaj też przechodziłem całą drogę…
Zaczynałem od klasycznych hamulców na obręcz – tzw, v-brake…
Proste, do jazdy po płaskich terenach w zupełności wystarczające, ale niszczące finalnie obręcz i czasami mało wydajne…
Zmieniłem więc na hamulce tarczowe, ale mechaniczne – na linkę.
Kupiłem zestaw avid bb7 i różnica była spora… Na lekko rower zatrzymywał się bardzo łatwo, ale po zapakowaniu sakwami – trzeba było już użyć trochę siły, żeby zacisnąć klamki na tyle, by się zatrzymać…
Zmieniłem więc na hydraulikę… Najprostszy model – MT200.
Tutaj różnica była już znacząca – hamowało się dużo łatwiej, siła hamowanie widocznie większa w porównaniu z mechanicznymi…
Jednak wygoda samych klamek była… średnia… Długie, z dużym skokiem… Trzeba było szukać czegoś więcej…
I tak finalnie stanęło na modelu Shimano Deore m6000.
Innej konstrukcji zacisk i klamka i tutaj zdecydowanie można powiedzieć, że to idealne hamulce na wyprawy.
Siła hamowania spora, klamka wygodnie układa się pod dłonią, innego kształtu klocki hamulcowe (większe) dają lepszą przyczepność z tarczą i na tych hamulcach spokojnie dawałem radę nawet na dłuższych zjazdach… Trzeba jedynie pamiętać, żeby zamontować dobrej jakości tarczę (polecam serię XT) oraz klocki żywiczne z radiatorem lub półmetaliczne.
No i dochodzimy do dwóch najważniejszych elementów, czyli miejsc, którymi „stykamy” się z rowerem. Mam tu na myśli głównie siodełko i kierownicę/chwyty.
Od samego niemal początku mojej przygody, jeżdżę na siodełkach marki Brooks. To skórzane, pancerne siodełka, które w świecie turystyki rowerowej są uznawane za najlepsze.
Gruby kawał skóry wołowej, która po pewnym czasie używania, dopasowuje się do anatomii rowerzysty i jest mega wygodne. Masz wrażenie jakbyś siedział w hamaku. Serio… Żadnych spodenek z wkładką, żadnych otarć czy odparzeń… Ja używam już drugiego, ponieważ w pierwszym po ponad 40 000 km skończyła się śruba do regulacji naciągu i trochę się już bałem jeździć, żeby nie pękła. Ale i tak… Pokażcie mi inne siodełko, które wytrzyma objechanie ziemi dookoła 🙂
No i mamy ostatni element – kierownica/chwyty…
Tutaj też przechodziłem różne etapy. Na początku klasyczna kierownica trekkingowa – lekko gięta z lekkim wzniosem. Na krótkie wycieczki – spoko. Na dłuższe – stawała się mniej wygodna..
Kierownica szosowa – bardziej wygodna niż trekingowa, ale przy zapakowaniu roweru z przodu i z tyłu, miałem mniejszą kontrolę nad rowerem. Wiadomo – szosowa kierownica jest węższa, więc i odczucia z jazdy będą inne niż na kierownicy trekkingowej lub mtb.
Dość długo jeździłem na nietypowej kierownicy, tzw. jaskółki. Mocno wygięta (pod kątem 45 stopni), dość wygodna, ale był problem z opieraniem roweru i ściany/cokolwiek i no i po pewnym czasie zauważyłem, że już nie jest mi tak wygodnie jak wcześniej. Dlatego padło na kierownicę marki ergon ergo L i chwyty Ergotec. To jest zestaw który jest bardzo wygodny na długich prostych i dający dobrą kontrolę na trudniejszej nawierzchni.
To połączenie zostaje ze mną do dziś i na razie nie odczuwam potrzeby na zmianę na inny…